NIP 782 26 44 508
REGON 365371529
KRS 0000636637
61-244 Poznań,
ul. Bliźniąt 15/1
srpook@interia.eu
kontakt@srpook.org.pl
Copyright © 2020
Stowarzyszenie Rodzin Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych
All Rights Reserved
Wyjazd został zorganizowany wyłącznie społecznym wysiłkiem i na koszt samych uczestników. Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Poznaniu przekazał wiązanki i znicze, które uczestnicy składali w odwiedzanych miejscach pamięci. Cała reszta była dziełem ludzi, dla których pamięć o ofiarach jest sprawą osobistą.
Jesienny poranek. Przed bramą dawnego obozu Mauthausen stoi grupa Polaków z biało-czerwoną flagą. Są wśród nich Rodziny Ofiar, Dzieci Wojny, Kapłani i mały Powstaniec Warszawski. Nie przyjechali tutaj jako turyści. Przyjechali pamiętać.
Bo nie chodzi tylko o to, by zobaczyć mury, kamieniołomy i pozostałości obozów. Chodzi o to, by nazwiska i historie ludzi, którzy tu cierpieli i ginęli, nie zostały sprowadzone do statystyk.
Grupa była wyjątkowa. Najstarsze uczestniczki - Aleksandra Pawlak, Dobrochna Konrad i Maria Wielebska - to dzieci wojny, które pamiętają czasy okupacji. W grupie jechał również Władysław Terlecki - mały Powstaniec Warszawski. Nie walczył w Powstaniu, bo miał wtedy zaledwie trzy lata. Był jedną z jego cywilnych ofiar: po upadku walk, wraz z setkami tysięcy mieszkańców, został wypędzony z Warszawy do niemieckiego obozu przejściowego Dulag 121 w Pruszkowie. Stamtąd skierowano go w transporcie do Auschwitz, ale pociąg ostatecznie nie dotarł do celu. Większość uczestników to członkowie rodzin byłych więźniów, dla których nazwy Mauthausen, Gusen czy Hartheim od dziesięcioleci są częścią rodzinnej historii.
Po raz pierwszy w historii Wyjazdów Pamięci w drogę wyruszyli dwaj kapłani: ks. dr Tomasz Krzysztofiak, rektor Prymasowskiego Wyższego Seminarium Duchownego w Gnieźnie, oraz ks. Tomasz Kozica, proboszcz parafii pw. NMP Wniebowziętej w Czerlejnie. To dzięki nim w zamku Hartheim po raz pierwszy odprawiono Mszę Świętą po polsku.
W wyjeździe uczestniczyli także przedstawiciele Stowarzyszenia Patria Nostra i Kancelarii Radców Prawnych i Adwokatów „Lech Obara i Współpracownicy” oraz Bartosz Kaczmarek, opiekun Izby Muzealnej Ziemi Kostrzyńskiej.
We wtorek 29 września o świcie grupa wyruszyła z Poznania, zabierając po drodze uczestników we Wrocławiu. Wieczorem dotarła do Sankt Florian pod Linzem, skąd codziennie wyruszała na kolejne odcinki Szlaku Pamięci.
Nazajutrz pierwszym celem był Memoriał Mauthausen - były Konzentrationslager Mauthausen, jeden z najcięższych obozów niemieckiego systemu. Wraz z podobozami Gusen był on miejscem eksterminacji polskiej inteligencji w ramach Intelligenzaktion.
Pod polskim pomnikiem uczestnicy oddali hołd ofiarom i poświęcili cztery tablice epitafijne upamiętniające więźniów obozu. Następnie grupa stanęła w miejscu, o którym mało kto pamięta: na terenie dawnego obozowego wysypiska śmieci, na które w czasie wojny trafiały również prochy ludzi spalonych w krematorium. To jedno z najbardziej wstrząsających świadectw tego, jak sprawcy traktowali ofiary - nawet po ich śmierci. Stamtąd uczestnicy przeszli do budynku, w którym mieści się obozowe krematorium, i tam również oddali hołd zamordowanym.
Na koniec uczestnicy stanęli przy Schodach Śmierci prowadzących z kamieniołomu Wiener Graben. Te 186 stopni było dla tysięcy więźniów codzienną drogą morderczej pracy: kamienne bloki nosili na plecach pod górę, pod razami strażników. Dla rodzin to nie jest lekcja historii. To próba odnalezienia konkretnego człowieka - dziadka, ojca, wuja - w miejscu, którego nazwa od dziesięcioleci towarzyszy rodzinnej pamięci.
[grupa z biało-czerwoną flagą pod polskim pomnikiem w Mauthausen]
[tablice epitafijne upamiętniające więźniów obozu]
Kolejnym etapem był Memoriał Gusen. Dla polskiej pamięci to miejsce szczególne: więźniowie z Polski stanowili tu najliczniejszą grupę, a obozy Gusen I, II i III były miejscem niewolniczej pracy i masowej śmierci. Przez Gusen przeszło około 72 tysięcy więźniów niemal 30 narodowości; ponad połowa z nich nie przeżyła. Dziś z kompleksu pozostało niewiele, a jego teren w dużej części zajmuje zabudowa mieszkaniowa.
Dzień zakończyła wizyta w Sankt Georgen an der Gusen. Przy miejscowym kościele ewangelickim uczestnicy zobaczyli instalację „Passage gegen das Vergessen” („Przejście przeciw zapomnieniu”), poświęconą obozom koncentracyjnym Gusen I i Gusen II oraz sztolniom Bergkristall. Instalacja ma formę lustra, w którym odbija się niebo. Dla uczestników była to forma upamiętnienia co najmniej zaskakująca. Historia tych miejsc pokazuje, że niemiecki system obozowy nie kończył się na drutach jednego obozu. Był siecią podobozów, zakładów pracy, kamieniołomów i miejsc kaźni rozsianych po całym regionie.
[Przejście przeciw zapomnieniu]
Ten dzień miał dla grupy szczególny wymiar. 1 października 101. urodziny obchodził Stanisław Zalewski - jeden z dwóch ostatnich żyjących Ocalałych z niemieckich obozów Auschwitz, Mauthausen i Gusen, więzień, który drążył sztolnie Bergkristall. Gdy autokar dotarł pod ruiny zamku Spielberg, jeszcze przed wyjściem uczestników cała grupa połączyła się z Jubilatem telefonicznie i prosto z austriackiej ziemi życzyła mu „200 lat”. W odpowiedzi usłyszała słowa, które brzmią jak testament:
„Żyjemy tak długo, jak długo żyją ci, co o nas pamiętają.”
Trudno o bardziej wymowne przesłanie - wypowiedziane w dniu, w którym grupa stanęła pod sztolniami drążonymi rękami więźniów takich jak on.
Dzień rozpoczął się przy ruinach zamku Spielberg. W czasie wojny pracowało tu Komando Spielberg - grupa więźniów kierowanych do prac wykopaliskowych. Byli wśród nich Polacy: Władysław Gębik, Kazimierz Gelinek i Józef Iwański.
Na miejscu nie ma jednak nawet najskromniejszej informacji o tej historii. Jest za to tabliczka z napisem, że „tu pilnują kury”. O kurach się tu informuje, o więźniach - milczy. Trudno o bardziej gorzki obraz tego, jak pamięć o ofiarach znika z krajobrazu, gdy nikt się o nią nie upomina.
Następnie grupa udała się pod sztolnie Bergkristall - ogromny podziemny kompleks w Sankt Georgen, wydrążony rękami więźniów Gusen II na potrzeby niemieckiego przemysłu zbrojeniowego. W tych korytarzach produkowano kadłuby odrzutowych myśliwców Messerschmitt Me 262, a praca w sztolniach wyniszczała ludzi w ciągu kilku miesięcy. Sztolnie były tego dnia zamknięte, więc uczestnicy nie mogli wejść do środka. Pod polskim upamiętnieniem zapalili znicz - światło pamięci - i zmówili modlitwę za zmarłych.
Stamtąd grupa przeszła do Domu Pamięci (Haus der Erinnerung) w Sankt Georgen, na zaproszenie Andrei Wahl, dyrektor Regionu Świadomości. Uczestnicy obejrzeli tam wystawę poświęconą Komandu Spielberg, o której opowiedziała gospodyni. Grupa otrzymała też zaproszenie na wystawę artefaktów z wykopalisk na zamku Spielberg, przygotowywaną w ramach Regionu Świadomości (Bewusstseinsregion Mauthausen - Gusen - St. Georgen). Zabrakło jednak rzeczy podstawowej: opisów w języku polskim. To niezrozumiałe w miejscu, gdzie Polacy byli jedną z najliczniejszych grup ofiar, a polskie rodziny wciąż tu przyjeżdżają.
Najważniejszym punktem dnia, i być może całego wyjazdu, był zamek Hartheim w Alkoven. W latach 1940-1944 działał tu jeden z ośrodków zagłady niemieckiej Akcji T4, a od 1941 r. w ramach akcji 14f13 mordowano tu także więźniów obozów koncentracyjnych. Zamordowano w nim około 30 tysięcy osób. Ponad 18 tysięcy z nich to osoby z niepełnosprawnościami oraz chore psychicznie i przewlekle, a pozostałe około 12 tysięcy - więźniowie obozów koncentracyjnych, m.in. Mauthausen, Gusen i Dachau, oraz robotnicy przymusowi. Wśród ofiar było ponad 300 księży, w zdecydowanej większości Polaków.
W jednej z sal zamku ks. Tomasz Kozica i ks. Tomasz Krzysztofiak odprawili pierwszą polską Mszę Świętą w tym miejscu. Podczas niej poświęcono dwie tablice upamiętniające polskich kapłanów zamordowanych w Hartheim:
„Ofiary żyją tak długo, jak długo żyje o nich pamięć w naszych sercach” - napisał po powrocie ks. Tomasz Kozica.
Msza przypadła w pierwszy czwartek miesiąca, dzień szczególnego wspomnienia ustanowienia kapłaństwa i Eucharystii. Na zakończenie ks. Tomasz Kozica podziękował obecnemu na Mszy Ministrowi Robertowi M. Filipczakowi z małżonką oraz uczestnikom „za świadectwo wiary i świadectwo pamięci i czci o naszych przodkach”. Dziękował też ks. Tomaszowi Krzysztofiakowi za wspólną celebrę i poruszające słowo, „bardzo potrzebne na te nasze skołatane serca, które tyle w tych ostatnich dniach doświadczają”.
„Ufamy, że po każdej Eucharystii wychodzimy silniejsi i pełni pokoju, a szczególnie po Mszy Świętej w tym miejscu, które po raz kolejny pokazuje, że śmierć nie ma ostatniego słowa i żaden, nawet najbardziej ideologicznie niszczycielski system nie jest w stanie zniszczyć dobra, prawdy i miłości.”
„Msza Święta się kończy, ale cały czas trwa liturgia naszego życia” - mówił ks. Kozica, zachęcając, by dobro i miłość zaczerpnięte z Eucharystii czyniły lepszym życie każdego z uczestników i życie świata.
O godz. 17.00 grupa wzięła udział w dorocznej uroczystości żałobnej na cmentarzu ofiar Hartheim, przygotowanej przez Stowarzyszenie Zamku Hartheim (Verein Schloss Hartheim). Gości powitała Gabriele Hofer-Stelzhammer, wiceprzewodnicząca stowarzyszenia, a słowa pamięci wygłosił starosta krajowy Górnej Austrii Thomas Stelzer. Podkreślił, że „pamięć o ofiarach jest ważnym zadaniem na dziś”, a hasło „nigdy więcej” nie może być pustym frazesem, lecz wspólną odpowiedzialnością.
Przemówienie upamiętniające wygłosiła dziennikarka i autorka Christine Haiden, wieloletnia redaktor naczelna magazynu „Welt der Frauen” i prezes Klubu Prasy Górnej Austrii. Znaczną część wystąpienia poświęciła jednak współczesnej polityce: temu, co oznaczałoby dziś hasło „nigdy więcej” wobec rosnącej siły ugrupowań prawicowo-ekstremistycznych.
Dla polskich uczestników były to słowa nieadekwatne do miejsca i chwili. Przy grobach ofiar Hartheim nie chodzi o bieżące spory polityczne, lecz o prawdę o tym, kto zabijał. A Polacy dobrze pamiętają, że Austria nie była wyłącznie „pierwszą ofiarą Hitlera”. Wielu Austriaków służyło w załogach obozów i ośrodków zagłady, także tu, w Górnej Austrii, i współtworzyło zbrodniczą machinę. Sama Republika Austrii przyznała to oficjalnie dopiero w 1991 roku, gdy kanclerz Franz Vranitzky mówił w parlamencie o współodpowiedzialności Austriaków za zbrodnie nazizmu.
W tym miejscu bardziej niż przestrogi na przyszłość potrzebne jest jasne przypomnienie przeszłości: że wśród sprawców byli także Austriacy, a wśród ofiar - wielu Polaków, w tym polscy kapłani.
Uroczystość zakończyły modlitwy przedstawicieli Kościoła katolickiego, Kościoła ewangelickiego i Gminy Żydowskiej oraz złożenie wieńców przy grobach ofiar.
Zabrakło natomiast Ambasadora Rzeczypospolitej Polskiej w Wiedniu. Delegacje wielu państw stanęły przy grobach ofiar, a przedstawiciela państwa, którego obywatele i kapłani ginęli w Hartheim, w randze ambasadora nie było. Rodziny, które przejechały setki kilometrów, by oddać hołd swoim bliskim, odebrały to jako zlekceważenie polskich ofiar. Polskę reprezentowali Robert M. Filipczak, minister pełnomocny i konsul RP w Austrii, wraz z małżonką, prezes Wspólnoty Polaków w Górnej Austrii Julian Gaborek z małżonką oraz uczestnicy Wyjazdu Pamięci. Gdyby nie oni, polskiej pamięci w Hartheim tego dnia po prostu by nie było.
Po uroczystości Minister Filipczak spotkał się z uczestnikami wyjazdu. Rozmowa była okazją do przedstawienia działalności Stowarzyszenia i jego starań o prawa byłych więźniów, ofiar i ich potomków.
[poświęcenie tablic podczas Mszy Świętej w zamku Hartheim]
Czwartego dnia grupa dotarła do Ebensee nad jeziorem Traunsee. Od listopada 1943 r. do maja 1945 r. działał tu podobóz KL Mauthausen, którego więźniowie drążyli w górach tunele dla przemysłu zbrojeniowego. Obóz został wyzwolony przez wojska amerykańskie 6 maja 1945 r. Dziś z obozu pozostało niewiele, a jego dawna brama stoi między domami mieszkańców.
Przy miejscu pamięci uczestnicy złożyli kwiaty, zapalili znicze i oddali hołd ofiarom. Tym boleśniejszy był widok polskich pomników - brudnych i zaniedbanych. Miejsca hołdu dla polskich ofiar wyglądają tak, jakby nikt się o nie nie upominał. To wstyd, który wymaga natychmiastowej reakcji, także ze strony polskich instytucji państwowych.
Tego samego dnia trasa wiodła do Steyr, gdzie w podobozie KL Mauthausen więźniowie pracowali w zakładach zbrojeniowych Steyr-Daimler-Puch. Na tutejszym cmentarzu, przy dawnym krematorium, uczestnicy odkryli miejsce pochówku więźniów - robotników tych zakładów.
Pobyt w Steyr był jednym z najbardziej poruszających momentów całego wyjazdu. W głębokiej zadumie uczestnicy złożyli wiązanki i kwiaty w miejscach, w których spoczywają prochy zamordowanych, i oddali hołd ofiarom niemieckiego terroru. Ten symboliczny gest był nie tylko wyrazem szacunku dla zmarłych, ale także zobowiązaniem, by pamięć o ich tragicznych losach przekazywać kolejnym pokoleniom.
Na tym samym cmentarzu, na jednym z rodzinnych nagrobków, natrafili na inskrypcję, która nie powinna istnieć. Pod nazwiskiem Julie Böck (1890-1942) wyryto: „vergast in Polen”, czyli „zagazowana w Polsce”. Napis mówi o zagazowaniu „w Polsce”, ale milczy o tym, kto zabijał. Ktoś, kto nie zna historii II wojny światowej, może z niego wyczytać, że sprawcami byli Polacy. To niedopuszczalne. Ofiary mordowano w niemieckich obozach zagłady, które okupant utworzył na zajętych ziemiach polskich. Inskrypcja powinna zostać poprawiona tak, by jasno wskazywała niemieckich sprawców.
[nagrobek Rudolfa i Julie Böck na cmentarzu w Steyr z inskrypcją „vergast in Polen”]
Ostatni dzień rozpoczął się o 8.00 Mszą Świętą w klasztorze Sankt Florian, gdzie grupa mieszkała przez cały wyjazd. Polscy kapłani sprawowali ją dla polskiej grupy w murach blisko tysiącletniego opactwa, kilkanaście kilometrów od Mauthausen.
Ks. dr Tomasz Krzysztofiak odwołał się do słów, które padają w każdej Mszy Świętej: „To czyńcie na moją pamiątkę”. Przypomniał, że biblijna pamiątka nie jest wspominaniem przeszłości, lecz uobecnianiem. Z tej myśli wyrastało przesłanie całego wyjazdu:
„Ten wyjazd pamięci to nie jest jakieś wspomnienie, przypominanie o kimś, kto kiedyś żył, kto kiedyś był ważny w waszej rodzinie. To jest uobecnianie tych wartości, którymi oni żyli, tego, czego uczyli naszych krewnych, naszych przodków. I to uobecnianie pamięci niech trwa. Bądźmy przedłużeniem tej pamięci w naszej codzienności, w naszych wspólnotach, w naszych rodzinach.”
Mówił też o ciężarze miejsc, które grupa odwiedziła, ale też o nadziei, która jest w tym wszystkim obecna: nadziei zmartwychwstania i życia wiecznego. „Nasze imiona są zapisane w niebie, tak jak tych, którzy nas poprzedzili w tej drodze, w tej pielgrzymce” - przypomniał.
„Nasz wyjazd, pełen trudów, emocji i doświadczeń tych miejsc, jakże bolesnych, jakże trudnych, niech będzie wyjazdem nadziei. Budujmy naszą przyszłość na tej przeszłości, choć trudnej i bolesnej, ale pielęgnujmy to, co jest piękne, co jest wartościowe, co jest najważniejsze.”
[Msza Święta w klasztorze Sankt Florian]
W drodze powrotnej uczestnicy zatrzymali się jeszcze w miasteczku Mauthausen, przy „polskiej Sarence”. To rzeźba sarny, którą w 1943 r., na rozkaz komendanta obozu, wykonał więzień KL Mauthausen-Gusen, poznaniak Stanisław Krzekotowski. Stworzył ją w głodzie, zimnie i obozowym terrorze. Do dziś stoi na rynku w Mauthausen, przed budynkiem urzędu miasta, a od 2017 r. przypomina o jej autorze polska tablica, odsłonięta z inicjatywy Stowarzyszenia.
Uczestnicy zastali to miejsce zaniedbane. Obok Sarenki wciąż stoją umywalnie z obozu Mauthausen - świadectwo obozowej codzienności więźniów - pozostawione bez żadnego zabezpieczenia. Także to miejsce wymaga pilnej opieki.
Wyjazd pokazał, że polska pamięć w Austrii trwa przede wszystkim dzięki tym, którzy przyjeżdżają. Rodziny ofiar wracają tu, by stanąć w miejscach, w których byli ich bliscy. Tam, gdzie nikt nie przyjeżdża, pojawiają się zaniedbane pomniki, brak polskich opisów i tabliczki o kurach w miejscu pracy więźniów.
Z tegorocznego wyjazdu Stowarzyszenie wynosi konkretne postulaty:
Stowarzyszenie apeluje też do polskich instytucji państwowych o obecność na uroczystościach pamięci, o opiekę nad polskimi pomnikami w Ebensee i o polskojęzyczne opisy w miejscach pamięci.
Po pięciu dniach podróży uczestnicy wracali do Polski z obrazami miejsc, których nie da się zapomnieć. Wracali z fotografiami, z nazwiskami, z historiami swoich rodzin. Przede wszystkim jednak z przekonaniem, że pamięć o ofiarach nie może ograniczać się do rocznic i oficjalnych uroczystości.
Dla rodzin byłych więźniów pamięć jest obowiązkiem. Obowiązkiem wobec tych, którzy zostali zamordowani, i wobec tych, którzy przetrwali obozy, ale do końca życia nosili ich ślad. To także obowiązek wobec kolejnych pokoleń, które muszą wiedzieć, co wydarzyło się w tych miejscach.
Stowarzyszenie Rodzin Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych od lat przyjeżdża do Austrii właśnie po to: by być w tych miejscach, oddawać hołd ofiarom i przypominać, że za wielkimi liczbami kryją się konkretni ludzie. Każda odnaleziona informacja, każda poprawiona data i każda nowa tablica przywraca człowiekowi jego miejsce w historii.
22 uczestników tegorocznego Wyjazdu Pamięci przejechało blisko 1900 kilometrów szlakiem miejsc niemieckiego terroru. Każdy wrócił z własną refleksją, ale wszystkich łączy jedno przekonanie: o ofiarach trzeba mówić, pamiętać i przekazywać tę pamięć dalej.
bw
STOWARZYSZENIE
RODZIN POLSKICH OFIAR OBOZÓW KONCENTRACYJNYCH